sobota, 28 kwietnia 2012

nareszcie wróciło nam słońce, ciepło i piękna pogoda. W ramach takiego szczęścia zatoki Oli umarły, a ja dostałam w gratisie takiego smarkacza, że mam poczucie, że z nosa leje mi się non stop. Kto by się przejmował takimi pierdołami skoro wokół wszystko jest takie pięknie zielone?!
Wczoraj o 9 rano (nadmienię, że spałam) dostaję smsa od Markety- ej, jedźmy gdzieś!. Wstałam, włączyłam kompa i zaczęłyśmy wybierać. Wyszło na to, że najbliżej mamy Samobor. Wiedziałyśmy od razu, że Ola jednak zostanie, bo nie jest zdolna do jakiś większych wypraw. Zabrałyśmy ze sobą jeszcze Dominikę i heja!
Przede wszystkim okazało się, że bilety autobusowe są stosunkowo drogie- w jedną stronę prawie 14 zł za 20km jazdy?! coś nie tak, no trudno. Sam Samobor wynagrodził nam poniesione koszty.


Jest to takie sobie małe miasteczko wciśnięte między pagórki i najbardziej jest znany z kremówek, których nie próbowałyśmy, bo Marketa stwierdziła, że są fuj, a ja jej wierzę ;)



Przez środek miasteczka płynie sobie strumyczek, a równolegle do strumyczka leci sobie chodniczek przeznaczony do spacerowania (mówiłam już kiedyś że brakuje mi odpowiednika słowa šetalište?). Znalazłyśmy nawet kawiarnię, która miała swoje stoliki rozstawione na jednym mostku. Była serio urocza.



Pisałam chwilę wcześniej, że miasteczko wciśnięte jest między pagórki. Na jednym z nich znajdują się ruiny zamku, których oczywiście nie mogłyśmy sobie odpuścić.






Będąc na zamku zauważyłyśmy, że jeszcze trochę wyżej na tym samym pagórku jest wieża widokowa. Kim byśmy nie były, gdybyśmy się na nią też nie wlazły. Widok był przecudny. Samobor, Zagrzeb, Sljeme, wszystko było widać jak na dłoni.



Ładnie się zrobiło i od razu więcej zdjęć :D ;)
P.S. opalałyśmy się pierwszy raz w tym roku i chyba troszkę sobie spaliłam szyję ;p

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz