nic się nie dzieje- zaczynam wpadać w depresję, że to już końcówka ;/
środa, 30 maja 2012
niedziela, 20 maja 2012
i pojechały łosie
po tych kilku dniach totalnego rozleniwienia i przełączenia się na tryb wakacyjny będzie trzeba wrócić do zagrzebskiej rzeczywistości. ucieszyli mnie strasznie, wnieśli jeszcze więcej radości (tak, da się;) ).
niestety Zagrzeb nie przywitał ich piękną pogodą- przyjechali w środę wieczorem a tu ulewa. na całe szczęście w czwartek się rozpogodziło i mogliśmy spokojnie zwiedzać centrum Zagrzebia, a popołudniu wybrać się na Jarun.
Piątek był dniem na morze. Pojechaliśmy na Krk, zabierając ze sobą Dominikę i bańki.
Na początku wybraliśmy się na głębokie południe wyspy- do Baški, gdzie moczyliśmy nogi i jedliśmy obiad. Po drodze co rusz trafialiśmy na poszczególne literki z głagolickiego alfabetu, które są porozstawiane po całej okolicy. Oto A- widelec :D
No i morzeeee :D
Baška szczyci się jedną z nielicznych piaszczystych plaży w Chorwacji. Sami sprawdźcie, czy tak wygląda piasek? :D
Już jak wjeżdżaliśmy do miasteczka, zauważyliśmy, że na pagórku nad nim jest kościółek. W związku z buntem na pokładzie wjechaliśmy na niego, a nie weszliśmy. Widok był niesamowity, a i deptak do księżyca i z powrotem był ciekawym pomysłem ;)
A potem przenieśliśmy się do miasta Krk. Co zabawne, na drodze spotkaliśmy Serainę z mamą, ale tylko wymieniliśmy się radosnymi trąbnięciami klaksona. Bardziej nam się oczywiście podobała Baška, ale Krk ma również sporą dozę uroku.
A w drodze powrotnej musieliśmy zahaczyć o lotnisko. W ramach ciekawostek powiem, że jak chcecie lecieć do Rijeki to faktycznie lądujecie na Krku.
Potem jeszcze kilka słodkich fotek w zachodzącym słońcu i do Zagrzebia.
Wczoraj za to zrobiliśmy sobie mniejszą wycieczkę. Tym razem do Samoboru. Tak, ja już tam byłam, ale podobało mi się tak bardzo, że postanowiłam ich też tam zabrać ;) Przeszliśmy się tą samą trasą, którą my szłyśmy wcześniej, była również podobna pogoda, więc nie było sensu robić znów tych samych fotek. Ta jednak, jest moją ulubioną. Pokazuje jakie nastawienie miał każdy z uczestników do wchodzenia pod górkę.
Łobuzy pojechały dzisiaj. Szalenie im dziękuję, że zdecydowali się na taką wyprawę. Mam nadzieję, że im się podobało i że zachwycili się również tym moim małym kawałkiem Chorwacji ;) widzimy się szybko!
po tych kilku dniach totalnego rozleniwienia i przełączenia się na tryb wakacyjny będzie trzeba wrócić do zagrzebskiej rzeczywistości. ucieszyli mnie strasznie, wnieśli jeszcze więcej radości (tak, da się;) ).
niestety Zagrzeb nie przywitał ich piękną pogodą- przyjechali w środę wieczorem a tu ulewa. na całe szczęście w czwartek się rozpogodziło i mogliśmy spokojnie zwiedzać centrum Zagrzebia, a popołudniu wybrać się na Jarun.
Piątek był dniem na morze. Pojechaliśmy na Krk, zabierając ze sobą Dominikę i bańki.
Na początku wybraliśmy się na głębokie południe wyspy- do Baški, gdzie moczyliśmy nogi i jedliśmy obiad. Po drodze co rusz trafialiśmy na poszczególne literki z głagolickiego alfabetu, które są porozstawiane po całej okolicy. Oto A- widelec :D
No i morzeeee :D
Baška szczyci się jedną z nielicznych piaszczystych plaży w Chorwacji. Sami sprawdźcie, czy tak wygląda piasek? :D
Już jak wjeżdżaliśmy do miasteczka, zauważyliśmy, że na pagórku nad nim jest kościółek. W związku z buntem na pokładzie wjechaliśmy na niego, a nie weszliśmy. Widok był niesamowity, a i deptak do księżyca i z powrotem był ciekawym pomysłem ;)
A potem przenieśliśmy się do miasta Krk. Co zabawne, na drodze spotkaliśmy Serainę z mamą, ale tylko wymieniliśmy się radosnymi trąbnięciami klaksona. Bardziej nam się oczywiście podobała Baška, ale Krk ma również sporą dozę uroku.
A w drodze powrotnej musieliśmy zahaczyć o lotnisko. W ramach ciekawostek powiem, że jak chcecie lecieć do Rijeki to faktycznie lądujecie na Krku.
Potem jeszcze kilka słodkich fotek w zachodzącym słońcu i do Zagrzebia.
Wczoraj za to zrobiliśmy sobie mniejszą wycieczkę. Tym razem do Samoboru. Tak, ja już tam byłam, ale podobało mi się tak bardzo, że postanowiłam ich też tam zabrać ;) Przeszliśmy się tą samą trasą, którą my szłyśmy wcześniej, była również podobna pogoda, więc nie było sensu robić znów tych samych fotek. Ta jednak, jest moją ulubioną. Pokazuje jakie nastawienie miał każdy z uczestników do wchodzenia pod górkę.
Łobuzy pojechały dzisiaj. Szalenie im dziękuję, że zdecydowali się na taką wyprawę. Mam nadzieję, że im się podobało i że zachwycili się również tym moim małym kawałkiem Chorwacji ;) widzimy się szybko!
czwartek, 17 maja 2012
środa, 16 maja 2012
przez to, że w Bośni żywiłyśmy się "na mieście" mogę wam, niezorientowanym pokazać trochę bałkańskich fast foodów ;)(tak, tak to post specjalnie dla Mamy Szczotki, która mnie męczy pytaniami co tu się je ;p)
1. Ćevapi- znane są właściwie na całym bałkańskim obszarze, ale ich receptura, smak i sposób podania różnią się w różnych regionach. Nam było dane skosztować mostarskie ćevapi. Generalnie są to grillowane mięsne paluszki podawane w pewnej wersji pieczywa, które nazywa się lepinja. Do tego najlepiej smakuje jogurt ;)
2. Pljeskavica- generalnie od ćevapi różni się tylko kształtem mięsa. Tym razem wygląda ono jak kotlet, tyle, że receptura jest ciągle ściśle strzeżona i niepowtarzalna. Tym razem polecamy pljeskavice z Peticy w Sarajewie ;)
3. Pita, albo burek- tego to wszędzie jest od groma. Generalnie to coś w deseń ciasta francuskiego z różnymi dodatkami. To, które myśmy jadły w Bośni było pieczone w ciekawy sposób. Pita była w formie, którą się przykrywało "pokrywką" na której był żar. Nie mogłyśmy się zdecydować która weźmie co, więc każda miała co innego: szpinak, ziemniaki i mięso. Pyszka :D
4. Bośniackie śniadanie- już wspominałam o kajmaku i różnicy w pojmowaniu czym jest ta cudna rzecz. Nie mogło się oczywiście obyć bez kawy :D
5. Begova čorba- niestety nie mamy zdjeć. Zupa przypominała miks drobiowego krupniku i rosołu. Pływały w niej warzywa, kawałki kurczaka i bliżej niezidentyfikowane kluseczki :D dobra
Poza tym, sprawdźcie czym ja się żywiłam
i
taaaaak :D
1. Ćevapi- znane są właściwie na całym bałkańskim obszarze, ale ich receptura, smak i sposób podania różnią się w różnych regionach. Nam było dane skosztować mostarskie ćevapi. Generalnie są to grillowane mięsne paluszki podawane w pewnej wersji pieczywa, które nazywa się lepinja. Do tego najlepiej smakuje jogurt ;)
2. Pljeskavica- generalnie od ćevapi różni się tylko kształtem mięsa. Tym razem wygląda ono jak kotlet, tyle, że receptura jest ciągle ściśle strzeżona i niepowtarzalna. Tym razem polecamy pljeskavice z Peticy w Sarajewie ;)
3. Pita, albo burek- tego to wszędzie jest od groma. Generalnie to coś w deseń ciasta francuskiego z różnymi dodatkami. To, które myśmy jadły w Bośni było pieczone w ciekawy sposób. Pita była w formie, którą się przykrywało "pokrywką" na której był żar. Nie mogłyśmy się zdecydować która weźmie co, więc każda miała co innego: szpinak, ziemniaki i mięso. Pyszka :D
4. Bośniackie śniadanie- już wspominałam o kajmaku i różnicy w pojmowaniu czym jest ta cudna rzecz. Nie mogło się oczywiście obyć bez kawy :D
5. Begova čorba- niestety nie mamy zdjeć. Zupa przypominała miks drobiowego krupniku i rosołu. Pływały w niej warzywa, kawałki kurczaka i bliżej niezidentyfikowane kluseczki :D dobra
Poza tym, sprawdźcie czym ja się żywiłam
i
taaaaak :D
poniedziałek, 14 maja 2012
wróciłyśmy!
ale od początku
Bośnia jest piękna, Bośnia jest pagórkowata, zielona. W Bośni są piękne rzeki, miasta, ludzie.
Wyruszyłyśmy w 4- ja, Ola, Marketa i Seraina(Szwajcarka, która zostawiała nas w Mostarze). Koło 7 rano dotarłyśmy do Mostaru, co Ola przyjęła zdecydowanym sprzeciwem(była w środku jakiegoś pięknego snu, który brutalnie jej przerwałyśmy). Pożegnałyśmy się z Serainą, wysiadłyśmy i poszłyśmy szukać centrum. Po drodze zauważyłyśmy coś, co towarzyszyło nam już później przez całe Sarajewo- cmentarze.
Miałyśmy jednak jedyną i niepowtarzalną okazję obejrzeć Mostar jeszcze przed większością turystów. Miasto robi wrażenie.
Nieuświadomionym- uświadamiam, że w Mostarze najważniejszy jest most. Stary Most został wybudowany w 1566 roku, ale w 1993 roku został zburzony. W 2004 odbudowano nowy Stary Most, a cała okoliczna zabudowa została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Dla nas okolice mostu okazały się wyjątkowo łaskawe :D O godzinie 8 rano centrum jest totalnie wymarłe. Siadłyśmy sobie więc na krawężniku, żeby trochę odpocząć i pomyśleć, co dalej mamy ze sobą zrobić. Jedyną osobą na tej ulicy był jakiś ochroniarz? policjant? mało ważne właściwie. Siedzimy, rozmawiamy ze sobą, a on w pewnym momencie mówi:
- Skąd jesteście? Ze Słowenii, prawda? Albo nie, przepraszam, z jakiejś części Zagrzebia?
no wrył nas w ziemię i sam był bardzo zdziwiony, że rozmawiają z nim dwie polki i jedna czeszka
Zjadłyśmy śniadanie w cieniu mostu.
i robiłyśmy inne miny
Tam też stałyśmy się posiadaczkami pieniędzy bośniackich. Dla niezorientowanych- walutą jest tam marka. Dwie marki to jedno euro- prosty przelicznik, co nie?
Piłyśmy kawę, robiłyśmy bańki, piłyśmy piwo i oglądałyśmy skoki do wody.
Skaczą głównie faceci. Od pani w informacji turystycznej dowiedziałyśmy się, że była tylko jedna odważna dziewczyna, która kiedykolwiek skoczyła. Pani nie wiedziała, czy ktoś się kiedykolwiek zabił, ale na pewno były przypadki złamanych karków i innych uszkodzeń ciała. Żart polega na tym, żeby zebrać dostateczną ilość pieniędzy od turystów przebywających w tym czasie na moście. Jeśli się uda, któryś skacze. W trakcie naszego pobytu w Mostarze skoczyło ich 2 po 2 razy.
A potem droga do Sarajewa. Nadmienić trzeba, że było chyba 40 stopni i nieklimatyzowany, dosyć brudny, przepełniony autobus. Oto są właśnie Bałkany. Nikomu to specjalnie nie przeszkadzało, ale zanim dojechałyśmy do Sarajewa- zlepiłyśmy się z naszymi siedzeniami totalnie.
Sarajewo- przepiękne, bardzo smutne miasto w którym wszyscy chcą ci pomóc :D
Wysiadłyśmy i oczywiście nie miałyśmy załatwionego żadnego noclegu, tylko spisane hostele. Bardzo szybko się znalazłyśmy i postanowiłyśmy zacząć szukać tych hosteli. Problem polegał na tym, że aktualnie w Sarajewie remontowane są tory tramwajowe i cała komunikacja miejsca jest troszkę postawiona na głowie. Udało nam się ogarnąć i wylądowałyśmy w centrum. Po drodze w górę źle wybrałyśmy człowieka, od którego chciałyśmy dostać jakieś wskazówki i trafiłyśmy na ciut chorą kobietę, od której nie mogłyśmy się uwolnić. W tym momencie w naszą historię wchodzi Dženi, która nas uratowała od tej kobiety i właściwie zaoferowała zakwaterowanie. Cena była znośna, a nam nie chciało się błąkać po Sarajewie więc się zgodziłyśmy. Okazało się później, że nie mogłyśmy lepiej trafić. Kawka, śniadanko, rozmowy, informacje o tym, gdzie są najlepsze ćevapi, pljeskavica, baklava i inne. Facet nas nawet w niedzielę odwiózł na dworzec :D
Ale do rzeczy. W piątek niewiele widziałyśmy w Sarajewie. Rozkoszowałyśmy się raczej atmosferą tego miejsca. Dla mnie szokiem była jego multikulturowość. W Polsce ciężko natknąć się na jakikolwiek meczet, a tam na co drugiej ulicy jest jakiś. Moim ulubionym obrazkiem były dwie dziewczyny wychodzące z tramwaju i słuchające przez jedne słuchawki jakiejś muzyki. Jedna miała na sobie chustę, druga nie. Piątek był jeszcze bardzo ważnym dla Oli dniem. Pierwszy raz od nie wiadomo kiedy zjadła mięso, a co gorsza- smakowało jej ;)
W sobotę nasz plan był napięty więc najpierw śniadanko. Bułki są z kajmakiem- nie, nie jest to kajmak w naszym polskim, słodkim rozumieniu. Raczej coś pomiędzy jogurtem a białym serem i oczywiście czarna kawa ;)
A potem zwiedzanie. Jak już wcześniej wspomniałam, nie sposób było się w Sarajewie nie natknąć na cmentarze. Doszłam do wniosku, że te w muzułmańskim stylu szalenie mnie przerażają- są jakieś takie ostre, jeśli wiecie o czym myślę.
Potem oczywiście Barčašija, centrum i serce miasta. Nazwa tej części wzięła się od fontanny, która jest na prawie wszystkich pocztówkach z Sarajewa.
Wybrałyśmy się do muzeum Tunelu. Tunel Spasa łączył w trakcie wojny oblężone Sarajewo z resztą świata. Oczywiście był tajnym przedsięwzięciem. Znajdował się dokładnie pod lotniskiem, przenoszono nim jedzenie, lekarstwa, była to forma ucieczki z miasta. Co do muzeum, to spodziewałam się czegoś bardziej rozbudowanego, ale było ciekawie.
Potem coś dla ducha- Vrelo Bosne. Żródło rzeki Bosni, które teraz zostało przetworzone również na park. Znajduje się tam kilka jeziorek, mosteczki nad rzeką, kawiarnia, restauracja. Generalnie jest szalenie ładnie i wyciszająco.
W drodze powrotnej spotkałyśmy baranki ;) (tak jakby ich w Polsce nie było;p)
W drodze powrotnej do naszego pokoju jeszcze szybki rzut oka na centrum, złapanie jakiegoś jedzenia i heja :)
A to jest Latinski Most, ten na którym Gavrilo Princip zamordował arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
Wróciłyśmy do domu, pogadałyśmy z gospodarzem i niestety zdecydowałyśmy, że przez paskudną pogodę, którą zapowiadano na niedzielę skracamy naszą wyprawę i nie pchamy się do Travnika i Jajec (:D). Wyszło nam to na dobre, bo w niedzielę w całej Bośni lało niemożliwie.
Koniecznym wydaje się wspomnieć o krzywości naszego pokoju. Podłoga była lekko przechylona na jedną stronę, a jak się postawiło wodę w szklance na stole to było to pięknie widać. Próbowałam zrobić zdjęcie tak, żeby kadr był równoległy ze ścianą. Zobaczcie w jakim przechyle wisi ten obrazek na ścianie.
Miałyśmy jeszcze radosną przygodę prawie na sam koniec naszego pobytu w Sarajewie. Kupiłyśmy bilety, ale chciałyśmy jeszcze kupić sobie jakieś jedzenie na podróż. Wsiadłyśmy na dworcu w tramwaj i chciałyśmy się przemieścić tylko jeden przystanek dalej. Zauważył nas jakiś facet i przed naszym wysiadaniem pokazał palcem w stronę centrum i powiedział:
- Barčašija..
na co my ładnie w ichnim języku wytłumaczyłyśmy mu jak tam może dojechać. Okazało się, że to to on nam chciał dać wskazówki jak się dostać do centrum, chociaż nawet o to nie pytałyśmy. Tacy są ludzie w Sarajewie :D
I na koniec Ewa Szcotka, Zelena i Aleksandra wracają do Zagrzebia.
(jakby komuś było mało to zdjęcia są też jeszcze tutaj https://picasaweb.google.com/103081572854128123153/MostarSarajewo?authkey=Gv1sRgCOn7irnwiIWkRw jak dostanę Marketkowe to je też jeszcze dodam ;) )
ale od początku
Bośnia jest piękna, Bośnia jest pagórkowata, zielona. W Bośni są piękne rzeki, miasta, ludzie.
Wyruszyłyśmy w 4- ja, Ola, Marketa i Seraina(Szwajcarka, która zostawiała nas w Mostarze). Koło 7 rano dotarłyśmy do Mostaru, co Ola przyjęła zdecydowanym sprzeciwem(była w środku jakiegoś pięknego snu, który brutalnie jej przerwałyśmy). Pożegnałyśmy się z Serainą, wysiadłyśmy i poszłyśmy szukać centrum. Po drodze zauważyłyśmy coś, co towarzyszyło nam już później przez całe Sarajewo- cmentarze.
Miałyśmy jednak jedyną i niepowtarzalną okazję obejrzeć Mostar jeszcze przed większością turystów. Miasto robi wrażenie.
Nieuświadomionym- uświadamiam, że w Mostarze najważniejszy jest most. Stary Most został wybudowany w 1566 roku, ale w 1993 roku został zburzony. W 2004 odbudowano nowy Stary Most, a cała okoliczna zabudowa została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Dla nas okolice mostu okazały się wyjątkowo łaskawe :D O godzinie 8 rano centrum jest totalnie wymarłe. Siadłyśmy sobie więc na krawężniku, żeby trochę odpocząć i pomyśleć, co dalej mamy ze sobą zrobić. Jedyną osobą na tej ulicy był jakiś ochroniarz? policjant? mało ważne właściwie. Siedzimy, rozmawiamy ze sobą, a on w pewnym momencie mówi:
- Skąd jesteście? Ze Słowenii, prawda? Albo nie, przepraszam, z jakiejś części Zagrzebia?
no wrył nas w ziemię i sam był bardzo zdziwiony, że rozmawiają z nim dwie polki i jedna czeszka
Zjadłyśmy śniadanie w cieniu mostu.
i robiłyśmy inne miny
Tam też stałyśmy się posiadaczkami pieniędzy bośniackich. Dla niezorientowanych- walutą jest tam marka. Dwie marki to jedno euro- prosty przelicznik, co nie?
Piłyśmy kawę, robiłyśmy bańki, piłyśmy piwo i oglądałyśmy skoki do wody.
Skaczą głównie faceci. Od pani w informacji turystycznej dowiedziałyśmy się, że była tylko jedna odważna dziewczyna, która kiedykolwiek skoczyła. Pani nie wiedziała, czy ktoś się kiedykolwiek zabił, ale na pewno były przypadki złamanych karków i innych uszkodzeń ciała. Żart polega na tym, żeby zebrać dostateczną ilość pieniędzy od turystów przebywających w tym czasie na moście. Jeśli się uda, któryś skacze. W trakcie naszego pobytu w Mostarze skoczyło ich 2 po 2 razy.
A potem droga do Sarajewa. Nadmienić trzeba, że było chyba 40 stopni i nieklimatyzowany, dosyć brudny, przepełniony autobus. Oto są właśnie Bałkany. Nikomu to specjalnie nie przeszkadzało, ale zanim dojechałyśmy do Sarajewa- zlepiłyśmy się z naszymi siedzeniami totalnie.
Sarajewo- przepiękne, bardzo smutne miasto w którym wszyscy chcą ci pomóc :D
Wysiadłyśmy i oczywiście nie miałyśmy załatwionego żadnego noclegu, tylko spisane hostele. Bardzo szybko się znalazłyśmy i postanowiłyśmy zacząć szukać tych hosteli. Problem polegał na tym, że aktualnie w Sarajewie remontowane są tory tramwajowe i cała komunikacja miejsca jest troszkę postawiona na głowie. Udało nam się ogarnąć i wylądowałyśmy w centrum. Po drodze w górę źle wybrałyśmy człowieka, od którego chciałyśmy dostać jakieś wskazówki i trafiłyśmy na ciut chorą kobietę, od której nie mogłyśmy się uwolnić. W tym momencie w naszą historię wchodzi Dženi, która nas uratowała od tej kobiety i właściwie zaoferowała zakwaterowanie. Cena była znośna, a nam nie chciało się błąkać po Sarajewie więc się zgodziłyśmy. Okazało się później, że nie mogłyśmy lepiej trafić. Kawka, śniadanko, rozmowy, informacje o tym, gdzie są najlepsze ćevapi, pljeskavica, baklava i inne. Facet nas nawet w niedzielę odwiózł na dworzec :D
Ale do rzeczy. W piątek niewiele widziałyśmy w Sarajewie. Rozkoszowałyśmy się raczej atmosferą tego miejsca. Dla mnie szokiem była jego multikulturowość. W Polsce ciężko natknąć się na jakikolwiek meczet, a tam na co drugiej ulicy jest jakiś. Moim ulubionym obrazkiem były dwie dziewczyny wychodzące z tramwaju i słuchające przez jedne słuchawki jakiejś muzyki. Jedna miała na sobie chustę, druga nie. Piątek był jeszcze bardzo ważnym dla Oli dniem. Pierwszy raz od nie wiadomo kiedy zjadła mięso, a co gorsza- smakowało jej ;)
W sobotę nasz plan był napięty więc najpierw śniadanko. Bułki są z kajmakiem- nie, nie jest to kajmak w naszym polskim, słodkim rozumieniu. Raczej coś pomiędzy jogurtem a białym serem i oczywiście czarna kawa ;)
A potem zwiedzanie. Jak już wcześniej wspomniałam, nie sposób było się w Sarajewie nie natknąć na cmentarze. Doszłam do wniosku, że te w muzułmańskim stylu szalenie mnie przerażają- są jakieś takie ostre, jeśli wiecie o czym myślę.
Potem oczywiście Barčašija, centrum i serce miasta. Nazwa tej części wzięła się od fontanny, która jest na prawie wszystkich pocztówkach z Sarajewa.
Wybrałyśmy się do muzeum Tunelu. Tunel Spasa łączył w trakcie wojny oblężone Sarajewo z resztą świata. Oczywiście był tajnym przedsięwzięciem. Znajdował się dokładnie pod lotniskiem, przenoszono nim jedzenie, lekarstwa, była to forma ucieczki z miasta. Co do muzeum, to spodziewałam się czegoś bardziej rozbudowanego, ale było ciekawie.
Potem coś dla ducha- Vrelo Bosne. Żródło rzeki Bosni, które teraz zostało przetworzone również na park. Znajduje się tam kilka jeziorek, mosteczki nad rzeką, kawiarnia, restauracja. Generalnie jest szalenie ładnie i wyciszająco.
W drodze powrotnej spotkałyśmy baranki ;) (tak jakby ich w Polsce nie było;p)
W drodze powrotnej do naszego pokoju jeszcze szybki rzut oka na centrum, złapanie jakiegoś jedzenia i heja :)
A to jest Latinski Most, ten na którym Gavrilo Princip zamordował arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
Wróciłyśmy do domu, pogadałyśmy z gospodarzem i niestety zdecydowałyśmy, że przez paskudną pogodę, którą zapowiadano na niedzielę skracamy naszą wyprawę i nie pchamy się do Travnika i Jajec (:D). Wyszło nam to na dobre, bo w niedzielę w całej Bośni lało niemożliwie.
Koniecznym wydaje się wspomnieć o krzywości naszego pokoju. Podłoga była lekko przechylona na jedną stronę, a jak się postawiło wodę w szklance na stole to było to pięknie widać. Próbowałam zrobić zdjęcie tak, żeby kadr był równoległy ze ścianą. Zobaczcie w jakim przechyle wisi ten obrazek na ścianie.
Miałyśmy jeszcze radosną przygodę prawie na sam koniec naszego pobytu w Sarajewie. Kupiłyśmy bilety, ale chciałyśmy jeszcze kupić sobie jakieś jedzenie na podróż. Wsiadłyśmy na dworcu w tramwaj i chciałyśmy się przemieścić tylko jeden przystanek dalej. Zauważył nas jakiś facet i przed naszym wysiadaniem pokazał palcem w stronę centrum i powiedział:
- Barčašija..
na co my ładnie w ichnim języku wytłumaczyłyśmy mu jak tam może dojechać. Okazało się, że to to on nam chciał dać wskazówki jak się dostać do centrum, chociaż nawet o to nie pytałyśmy. Tacy są ludzie w Sarajewie :D
I na koniec Ewa Szcotka, Zelena i Aleksandra wracają do Zagrzebia.
(jakby komuś było mało to zdjęcia są też jeszcze tutaj https://picasaweb.google.com/103081572854128123153/MostarSarajewo?authkey=Gv1sRgCOn7irnwiIWkRw jak dostanę Marketkowe to je też jeszcze dodam ;) )
czwartek, 10 maja 2012
poniedziałek, 7 maja 2012
sobota, 5 maja 2012
przygodowy grill to był.
po pierwsze jakoś nikt nie wpadł na to, że skoro robimy grilla to wypadałoby przynieść węgiel (na Bundeku są takie ogólnodostępne wolnostojące grille z których można spokojnie korzystać). W momencie, w którym zdecydowałam się pożyczyć rower od Olega i jechać jakiś kupić zauważyliśmy, że pogoda robi się coraz nieciekawsza.
Przygoda zaczęła się w momencie w którym chciałam odpiąć Olegowy rower i zauważyłam, że podziałam gdzieś kluczyk(!). Serio, nie było go nigdzie. Całym szczęściem nie dostałam wszystkich egzemplarzy i potem można było uratować rower.
Wróciłam i burza rozpętała się na dobre. Schowaliśmy się pod parasolem, poznaliśmy miłego pana, który stwierdził, że jesteśmy ze Słowenii (nadmienię, że rozmawiałam z nim ja, Seraina- Szwajcarka i Marketa- Czeszka). Każda z nas ma totalnie inny akcent (bądź go wcale nie ma) więc nie wiem skąd on na to wpadł.
Przeczekaliśmy największy deszcz i ekipa się rozproszyła: część przeniosła się do knajpy, ci najbardziej mokrzy postanowili się przebrać, a my- razem z naszym nowo- poznanym znajomym zebraliśmy się w stronę centrum.
Wiecie, co się dzieje w Zagrzebiu, zostaje w Zagrzebiu ;p
po pierwsze jakoś nikt nie wpadł na to, że skoro robimy grilla to wypadałoby przynieść węgiel (na Bundeku są takie ogólnodostępne wolnostojące grille z których można spokojnie korzystać). W momencie, w którym zdecydowałam się pożyczyć rower od Olega i jechać jakiś kupić zauważyliśmy, że pogoda robi się coraz nieciekawsza.
Przygoda zaczęła się w momencie w którym chciałam odpiąć Olegowy rower i zauważyłam, że podziałam gdzieś kluczyk(!). Serio, nie było go nigdzie. Całym szczęściem nie dostałam wszystkich egzemplarzy i potem można było uratować rower.
Wróciłam i burza rozpętała się na dobre. Schowaliśmy się pod parasolem, poznaliśmy miłego pana, który stwierdził, że jesteśmy ze Słowenii (nadmienię, że rozmawiałam z nim ja, Seraina- Szwajcarka i Marketa- Czeszka). Każda z nas ma totalnie inny akcent (bądź go wcale nie ma) więc nie wiem skąd on na to wpadł.
Przeczekaliśmy największy deszcz i ekipa się rozproszyła: część przeniosła się do knajpy, ci najbardziej mokrzy postanowili się przebrać, a my- razem z naszym nowo- poznanym znajomym zebraliśmy się w stronę centrum.
Wiecie, co się dzieje w Zagrzebiu, zostaje w Zagrzebiu ;p
czwartek, 3 maja 2012
ekipa pojechała, więc ja mogę zabrać się do opisywania naszych kilku ostatnich dni. Jak już pewnie wiecie- nasz uniwerek organizował wycieczkę do Chorwacji (właściwie to głównie organizował ją Tomasz). Nasz w niej udział miał być połowiczny. Chciałyśmy się z nimi przejechać do Rijeki i potem wrócić do Zagrzebia.
Umówiliśmy się, że w poniedziałek rano zgarnie nas Nikola (chłopak pani doktor) sprzed jednego centrum handlowego i podrzuci tam, gdzie będzie miał bus postój. Umówiłyśmy się z nim na 0630, bo planowo oni mieli być w Chorwacji koło 0700. Koło tej 0630 dostałyśmy od niego wiadomość, że ekipa jest jeszcze na Węgrzech. Miałyśmy nadzieję, że są gdzieś na granicy, ale nie, robili sobie jakąś turę po tym przeładnym kraju, bo kierowcy się zgubili. Czekałyśmy na nich ok 4 godziny i wyglądałyśmy tak.
Przyjechali, załadowałyśmy się do busa i pojechaliśmy do Rijeki. Teraz mogę się przyznać tym, którzy nie wiedzieli, że właściwie to ostatniego momentu nie wiedziałyśmy, gdzie będziemy spały. Takie historie jednak najlepiej rozwiązują się same. Okazało się, że w ich hostelu było również miejsce dla nas. Szybkie rzucenie rzeczy i wyjście na obchód Riejki i Trsatu (sanktuarium). Było bardzo ładnie, ciekawie, tylko że odrobinę męcząco.
Potem wdrapanie się na twierdzę i piękny widok na to dziwne miasto. Trochę jest zabytkowe, trochę brzydko socjalistyczne. Dziwna mieszanka, ale czułam się tam naprawdę nieźle.
A wieczorem ploty, piwo i to, co tygryski lubią najbardziej.
Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, żeby udać się w dalszą część naszego zwiedzania. Pierwszym na liście był Kastav- urocze miasteczko z jeszcze bardziej uroczym usytuowaniem- góra góra góra :D
Potem Baška i baščanska ploča, czyli najważniejszy zabytek języka chorwackiego znajdujący się w malutkim miasteczku na wyspie Krk.
Jak już byliśmy na Krku to przenieśliśmy się do samego miasta Krk, gdzie po raz pierwszy tego roku moczyłyśmy nogi w morzu ;)
Ostatnim z naszych przystanków był Senj- miasto znane głównie z tego, że wieje tam szalenie silna bura. Podobno zdarzają się podmuchy do 300 km/h.
No i na koniec dojechaliśmy do Zagrzebia:D nie ma to jak dom :p
dziękuję mamo za cały kufer różności! :D
Umówiliśmy się, że w poniedziałek rano zgarnie nas Nikola (chłopak pani doktor) sprzed jednego centrum handlowego i podrzuci tam, gdzie będzie miał bus postój. Umówiłyśmy się z nim na 0630, bo planowo oni mieli być w Chorwacji koło 0700. Koło tej 0630 dostałyśmy od niego wiadomość, że ekipa jest jeszcze na Węgrzech. Miałyśmy nadzieję, że są gdzieś na granicy, ale nie, robili sobie jakąś turę po tym przeładnym kraju, bo kierowcy się zgubili. Czekałyśmy na nich ok 4 godziny i wyglądałyśmy tak.
Przyjechali, załadowałyśmy się do busa i pojechaliśmy do Rijeki. Teraz mogę się przyznać tym, którzy nie wiedzieli, że właściwie to ostatniego momentu nie wiedziałyśmy, gdzie będziemy spały. Takie historie jednak najlepiej rozwiązują się same. Okazało się, że w ich hostelu było również miejsce dla nas. Szybkie rzucenie rzeczy i wyjście na obchód Riejki i Trsatu (sanktuarium). Było bardzo ładnie, ciekawie, tylko że odrobinę męcząco.
Potem wdrapanie się na twierdzę i piękny widok na to dziwne miasto. Trochę jest zabytkowe, trochę brzydko socjalistyczne. Dziwna mieszanka, ale czułam się tam naprawdę nieźle.
A wieczorem ploty, piwo i to, co tygryski lubią najbardziej.
Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, żeby udać się w dalszą część naszego zwiedzania. Pierwszym na liście był Kastav- urocze miasteczko z jeszcze bardziej uroczym usytuowaniem- góra góra góra :D
Potem Baška i baščanska ploča, czyli najważniejszy zabytek języka chorwackiego znajdujący się w malutkim miasteczku na wyspie Krk.
Jak już byliśmy na Krku to przenieśliśmy się do samego miasta Krk, gdzie po raz pierwszy tego roku moczyłyśmy nogi w morzu ;)
Ostatnim z naszych przystanków był Senj- miasto znane głównie z tego, że wieje tam szalenie silna bura. Podobno zdarzają się podmuchy do 300 km/h.
No i na koniec dojechaliśmy do Zagrzebia:D nie ma to jak dom :p
dziękuję mamo za cały kufer różności! :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)
