poniedziałek, 14 maja 2012

wróciłyśmy!
ale od początku
Bośnia jest piękna, Bośnia jest pagórkowata, zielona. W Bośni są piękne rzeki, miasta, ludzie.
Wyruszyłyśmy w 4- ja, Ola, Marketa i Seraina(Szwajcarka, która zostawiała nas w Mostarze). Koło 7 rano dotarłyśmy do Mostaru, co Ola przyjęła zdecydowanym sprzeciwem(była w środku jakiegoś pięknego snu, który brutalnie jej przerwałyśmy). Pożegnałyśmy się z Serainą, wysiadłyśmy i poszłyśmy szukać centrum. Po drodze zauważyłyśmy coś, co towarzyszyło nam już później przez całe Sarajewo- cmentarze.



Miałyśmy jednak jedyną i niepowtarzalną okazję obejrzeć Mostar jeszcze przed większością turystów. Miasto robi wrażenie.




Nieuświadomionym- uświadamiam, że w Mostarze najważniejszy jest most. Stary Most został wybudowany w 1566 roku, ale w 1993 roku został zburzony. W 2004 odbudowano nowy Stary Most, a cała okoliczna zabudowa została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Dla nas okolice mostu okazały się wyjątkowo łaskawe :D O godzinie 8 rano centrum jest totalnie wymarłe. Siadłyśmy sobie więc na krawężniku, żeby trochę odpocząć i pomyśleć, co dalej mamy ze sobą zrobić. Jedyną osobą na tej ulicy był jakiś ochroniarz? policjant? mało ważne właściwie. Siedzimy, rozmawiamy ze sobą, a on w pewnym momencie mówi:
- Skąd jesteście? Ze Słowenii, prawda? Albo nie, przepraszam, z jakiejś części Zagrzebia?
no wrył nas w ziemię i sam był bardzo zdziwiony, że rozmawiają z nim dwie polki i jedna czeszka


Zjadłyśmy śniadanie w cieniu mostu.


i robiłyśmy inne miny


Tam też stałyśmy się posiadaczkami pieniędzy bośniackich. Dla niezorientowanych- walutą jest tam marka. Dwie marki to jedno euro- prosty przelicznik, co nie?


Piłyśmy kawę, robiłyśmy bańki, piłyśmy piwo i oglądałyśmy skoki do wody.


Skaczą głównie faceci. Od pani w informacji turystycznej dowiedziałyśmy się, że była tylko jedna odważna dziewczyna, która kiedykolwiek skoczyła. Pani nie wiedziała, czy ktoś się kiedykolwiek zabił, ale na pewno były przypadki złamanych karków i innych uszkodzeń ciała. Żart polega na tym, żeby zebrać dostateczną ilość pieniędzy od turystów przebywających w tym czasie na moście. Jeśli się uda, któryś skacze. W trakcie naszego pobytu w Mostarze skoczyło ich 2 po 2 razy.


A potem droga do Sarajewa. Nadmienić trzeba, że było chyba 40 stopni i nieklimatyzowany, dosyć brudny, przepełniony autobus. Oto są właśnie Bałkany. Nikomu to specjalnie nie przeszkadzało, ale zanim dojechałyśmy do Sarajewa- zlepiłyśmy się z naszymi siedzeniami totalnie.
Sarajewo- przepiękne, bardzo smutne miasto w którym wszyscy chcą ci pomóc :D
Wysiadłyśmy i oczywiście nie miałyśmy załatwionego żadnego noclegu, tylko spisane hostele. Bardzo szybko się znalazłyśmy i postanowiłyśmy zacząć szukać tych hosteli. Problem polegał na tym, że aktualnie w Sarajewie remontowane są tory tramwajowe i cała komunikacja miejsca jest troszkę postawiona na głowie. Udało nam się ogarnąć i wylądowałyśmy w centrum. Po drodze w górę źle wybrałyśmy człowieka, od którego chciałyśmy dostać jakieś wskazówki i trafiłyśmy na ciut chorą kobietę, od której nie mogłyśmy się uwolnić. W tym momencie w naszą historię wchodzi Dženi, która nas uratowała od tej kobiety i właściwie zaoferowała zakwaterowanie. Cena była znośna, a nam nie chciało się błąkać po Sarajewie więc się zgodziłyśmy. Okazało się później, że nie mogłyśmy lepiej trafić. Kawka, śniadanko, rozmowy, informacje o tym, gdzie są najlepsze ćevapi, pljeskavica, baklava i inne. Facet nas nawet w niedzielę odwiózł na dworzec :D
Ale do rzeczy. W piątek niewiele widziałyśmy w Sarajewie. Rozkoszowałyśmy się raczej atmosferą tego miejsca. Dla mnie szokiem była jego multikulturowość. W Polsce ciężko natknąć się na jakikolwiek meczet, a tam na co drugiej ulicy jest jakiś. Moim ulubionym obrazkiem były dwie dziewczyny wychodzące z tramwaju i słuchające przez jedne słuchawki jakiejś muzyki. Jedna miała na sobie chustę, druga nie. Piątek był jeszcze bardzo ważnym dla Oli dniem. Pierwszy raz od nie wiadomo kiedy zjadła mięso, a co gorsza- smakowało jej ;)


W sobotę nasz plan był napięty więc najpierw śniadanko. Bułki są z kajmakiem- nie, nie jest to kajmak w naszym polskim, słodkim rozumieniu. Raczej coś pomiędzy jogurtem a białym serem i oczywiście czarna kawa ;)


A potem zwiedzanie. Jak już wcześniej wspomniałam, nie sposób było się w Sarajewie nie natknąć na cmentarze. Doszłam do wniosku, że te w muzułmańskim stylu szalenie mnie przerażają- są jakieś takie ostre, jeśli wiecie o czym myślę.


Potem oczywiście Barčašija, centrum i serce miasta. Nazwa tej części wzięła się od fontanny, która jest na prawie wszystkich pocztówkach z Sarajewa.

Wybrałyśmy się do muzeum Tunelu. Tunel Spasa łączył w trakcie wojny oblężone Sarajewo z resztą świata. Oczywiście był tajnym przedsięwzięciem. Znajdował się dokładnie pod lotniskiem, przenoszono nim jedzenie, lekarstwa, była to forma ucieczki z miasta. Co do muzeum, to spodziewałam się czegoś bardziej rozbudowanego, ale było ciekawie.


Potem coś dla ducha- Vrelo Bosne. Żródło rzeki Bosni, które teraz zostało przetworzone również na park. Znajduje się tam kilka jeziorek, mosteczki nad rzeką, kawiarnia, restauracja. Generalnie jest szalenie ładnie i wyciszająco.


W drodze powrotnej spotkałyśmy baranki ;) (tak jakby ich w Polsce nie było;p)

W drodze powrotnej do naszego pokoju jeszcze szybki rzut oka na centrum, złapanie jakiegoś jedzenia i heja :)
A to jest Latinski Most, ten na którym Gavrilo Princip zamordował arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.

Wróciłyśmy do domu, pogadałyśmy z gospodarzem i niestety zdecydowałyśmy, że przez paskudną pogodę, którą zapowiadano na niedzielę skracamy naszą wyprawę i nie pchamy się do Travnika i Jajec (:D). Wyszło nam to na dobre, bo w niedzielę w całej Bośni lało niemożliwie.
Koniecznym wydaje się wspomnieć o krzywości naszego pokoju. Podłoga była lekko przechylona na jedną stronę, a jak się postawiło wodę w szklance na stole to było to pięknie widać. Próbowałam zrobić zdjęcie tak, żeby kadr był równoległy ze ścianą. Zobaczcie w jakim przechyle wisi ten obrazek na ścianie.


Miałyśmy jeszcze radosną przygodę prawie na sam koniec naszego pobytu w Sarajewie. Kupiłyśmy bilety, ale chciałyśmy jeszcze kupić sobie jakieś jedzenie na podróż. Wsiadłyśmy na dworcu w tramwaj i chciałyśmy się przemieścić tylko jeden przystanek dalej. Zauważył nas jakiś facet i przed naszym wysiadaniem pokazał palcem w stronę centrum i powiedział:
- Barčašija..
na co my ładnie w ichnim języku wytłumaczyłyśmy mu jak tam może dojechać. Okazało się, że to to on nam chciał dać wskazówki jak się dostać do centrum, chociaż nawet o to nie pytałyśmy. Tacy są ludzie w Sarajewie :D
I na koniec Ewa Szcotka, Zelena i Aleksandra wracają do Zagrzebia.



(jakby komuś było mało to zdjęcia są też jeszcze tutaj https://picasaweb.google.com/103081572854128123153/MostarSarajewo?authkey=Gv1sRgCOn7irnwiIWkRw jak dostanę Marketkowe to je też jeszcze dodam ;) )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz